czwartek, 5 października 2017

Niech wstaną osoby, które tak jak ja...


Niech wstaną osoby, które tak jak ja...


- Niech mi ktoś przypomni... Jak to się stało, że znaleźliśmy się w takiej sytuacji?

Miarowe tykanie zegara i ciche, ledwie słyszalne, znużone westchnienia, wypełniały mały, ciemny pokój. Każdy nowy szmer i każde kolejne westchnienie sprawiały, że pomieszczenie stawało się coraz ciaśniejsze, a chęć do przebywania w nim, coraz słabsza.

Odpowiedź nadeszła z lewej.

- Uspokój głosy w swojej głowie, Daiki. Nawet nie rozpoczęliśmy gry.

- A no tak, sorka.

Aomine spuścił wzrok na dłonie. Było tak ciemno, że prawie ich nie widział.

- To czemu siedzimy po ciemku? - zapytał, starając się nie zabrzmieć jak desperata. - I dlaczego nic nie mówicie?

- Dlatego, że właśnie kolejna osoba wybiera grę. - tym razem głos nadszedł z prawej. Usłyszał kliknięcie i niemal podskoczył z wrzaskiem, kiedy strumień światła oświetlił twarz okularnika. - Gdzie byłeś na pozostałych spotkaniach?

- Pewnie spał. Jak zwykle, Aomine-kun.

- Nieładnie, Mine-chin.

- Zamknijcie się już!

Midorima przechylił się do tyłu i postawił włączoną latarkę na półkę tak, żeby oświetlała co najmniej połowę pokoju, a Aomine z obrzydzeniem przełknął ślinę, wracając wspomnieniami do poprzedniego tygodnia.

Projekt, w którym właśnie brali udział, zorganizowany przez ich pedagogów i trenerów, miał na celu pogłębić ich relacje międzyludzkie oraz wypędzić z nich wszystkie toksyny, które z powodzeniem psuły ich zdrową, koleżeńską relacje. Bo choć wydawali się być całkiem zgraną drużyną podczas meczów to ich, z braku lepszego określenia nazywane "przyjacielskimi", stosunki wydawały się być mocno skrzywione, wybiegające poza przyjętą normę. Takie wrażenie miał każdy, kto choć raz spojrzał na ich grupę z boku.

Każdy z nich był indywidualistą... a świat nie lubił indywidualistów.

Z założenia projekt wydawał się całkiem dobry. Problemem było to, że choć ich opiekunowie byli entuzjastycznie nastawieni do tego projektu, tak żaden z nich nie chciał go nadzorować. Tak więc ich wychowankowie zostali pozostawieni sami sobie z projektem, którego nie do końca rozumieli i z uczuciami, które mieli rozwijać. Jeśli którykolwiek z nich sporządzał własne notatki i próbował wyciągnąć wnioski, natychmiast lądowały one w mentalnym koszu.

Pierwsze spotkanie zakończyło się tym, że wszyscy byli zmuszeni ratować się ucieczką przed rozwścieczonym Murasakibarą, kiedy podczas gry w zbijaka, Kise przypadkiem zmiażdżył stopą jego umaibo.

O drugim nikt nie chciał pamiętać, bo to Akashi wybierał grę.

A trzecie... właśnie się odbywało.

Aomine usłyszał klaśnięcie. Nadeszło z naprzeciwka razem z podekscytowanym, drażniącym jego uszy głosem:

- Mam! Zagrajmy w krzesło!

- Krzesło?

Nie był pewien, który z nich zadał to pytanie, ale tak samo jak on czuł, że nie ma najmniejszej ochoty w tym uczestniczyć.

- Tak! Zasady są bajecznie proste... czekajcie, zademonstruję!

Kise stanął na środku i okręcił się w miejscu, szczerząc się od ucha do ucha.

- Niech wstaną osoby, które tak jak ja... lubią karaoke!

Żaden z nich nie ruszył się z miejsca. Aomine poczuł ogromną chęć, żeby wstać i pójść do domu, ale przed tym jeszcze zadać Kise kilka kopniaków.

- Co, naprawdę? - jęknął blondyn i zmarszczył brwi, zastanawiając się nad kolejnym. - To może... niech wstaną te osoby, które tak jak ja... noszą czarne spodnie? Nie żartujcie, nosicie je, Akashicchi, Midorimacchi, Aominecchi, wstajecie!

Aomine niechętnie podniósł się ze swojego miejsca i zanim zdążył się odwrócić, wszystkie miejsca były już zajęte. Skrzyżował wzrok z Midorimą, który zajął jego miejsce i podrapał się po karku.

- No dobra. Wstaną osoby, które mają pożyczyć mi dychę.

- Aominecchi!

- Kise, wstajesz. - wyszczerzył do niego zęby, mając kompletnie w nosie zasady gry.

- Tylko jak mi ją oddasz... - wytknął język i wstał, zajmując jego miejsce. - Niech wstaną te osoby... które tak jak ja... noszą marynarkę!

Tą osobą był Akashi i tylko Akashi. Kise, zadowolony ze swojej przebiegłości z radością zajął jego miejsce. Radość nie trwała długo, dotarła do niego waga przeciwnika i szybko zdał sobie sprawę, że pewnością zaraz wymyśli coś, co ich wszystkich pogrąży.

- Niech wstaną osoby, które tak jak ja mają... cztery rezydencje w Japonii.

Kise już spiął się do biegu, ale zanim zdążył wstać, dotarł do niego sens słów. Nikt, co było dość oczywiste, nie wstał, więc Akashi wciąż był na swoim miejscu i wymyślał kolejną sentencję.

- Niech wstaną osoby, które tak ja mają... konia imieniem Yukimaru.

Ta sama sytuacja. Akashi postukał palcem w górną wargę, udając zamyślenie.

- Niech wstaną wszystkie osoby, które...

- Dobra, streszczaj się. - warknął Aomine, tupiąc niecierpliwie.

-Niech wstaną osoby, które tak jak ja, nie mają opalenizny - powiedział gładko, po czym usiadł na miejscu Midorimy. Z rozbawieniem przyjął wściekły wyraz Aomine i oparł się wygodnie o krzesło, czekając na rozwój wydarzeń.

Na środku stanął Kise.

- Kise, zamień się.

- Co?

Mimo protestów, Aomine wykopał go na swoje krzesło i sam wyszedł na środek, patrząc prosto na Akashiego.

- Niech wstaną wszystkie osoby, które tak jak ja, mają żywą matkę.

Na chwilę wszystko zamarło. Nikt nie wstał, nikt nie ważył się odezwać, wszyscy kwalifikujący się do walki o miejsca siedzieli i patrzyli na niego z przerażonymi minami. Cień przemknął przez twarz Akashiego... I stanął na środku, w sekundę nokautując awanturnika.

- Niech wstaną wszystkie osoby, które noszą buty - powiedział Kuroko i usunął się w bok, znikając z pola widzenia zdezorientowanej reszcie.

Spojrzeli po sobie i z westchnięciem wstali, kontynuując grę bez rozlewu krwi i w dużo lepszej atmosferze.

Kurtyna.


---
Ostatnio byłam zmuszona brać udział w jednej zabawie towarzyskiej (nie, nie sicolo, o sicolo porozmawiamy) tekst z butami był mój i wszystko zapoczątkował (do tego doszły nieśmiertelne suchary z matki Akashiego), co prawda w przypadku sześcioosobowej grupy nie wydaje się zbytnio wyszukany, ale przy grupie czterdziestu osób...
Mam parę teorii wyjaśniających, dlaczego kto co ile wstawał i dlaczego niektórzy nie stanęli na środku ani razu, ale to dodam później.
1. Co dalej? A jeszcze nie wiem, aktualnie jestem dość paskudnie chora (34.7 lepsze niż gorączka, polecam) i jak mi się przypomni to wrócę i dopiszę.

Tymczasem, jestem gdzieś tutaj: